Cierpiąc za miliony (złotych)

19.11.2025

Janusz Palikot wydaje książkę "Dziennik z więzienia", której tytuł zdaje się nawiązywać bezpośrednio choćby do "Listów z więzienia" Antonio Gramsciego. Na okładce widzimy czarnobiały portret fotograficzny samego autora - Janusz Palikot w półcieniu patrzy w otchłań. Zadumana twarz mędrca, bohater antycznej tragedii, samotny heros. Wyszyński, Genet, Gramsci, Palikot. Cierpi za miliony, bo i miliony ukradł. Dworuję sobie? Nic z tych rzeczy, dokładnie w tym tonie wypowiadają się o tej książce znane osoby polecające książkę w ramach kampanii medialnej. Są to postacie kultury z pokolenia samego autora, które w swoich porównaniach nie znają żadnego umiaru. Jest wspomniana proza pikarejskia, odniesienia do Kafki, totalitaryzmów XX wieku. Cytując jednego z polecających, Tadeusza Słobodzianka: Jego Dziennik z więzienia powinno się czytać obok Zapisków więziennych Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

To wszystko musi brzmieć jak nieśmieszny żart dla ludzi obeznanych z życiorysem Palikota, jak i zarzutami, w związku z którymi spędził on kilka miesięcy w areszcie. Powiedzmy sobie jasno - Janusz Palikot nie jest więźniem politycznym. Jego historia nie jest ani wywrotowa, ani heroiczna.

Osobom niezaznajomionym z biografią Palikota mogę polecić obejrzenie krótkiego materiału Jana Śpiewaka. Ten krótki przegląd dokonań naszego bohatera pozwala dostrzec powtarzające się na przestrzeni wielu lat tendencje: zamiłowanie do szemranych interesów, pogarda dla prawa i całkowita amorficzność poglądów politycznych, pomimo radykalnych form ich przedstawiania. Palikot był z początku sarmatą, wydawcą skrajnie prawicowego katolickiego pisma Ozon, aby stać się wojującym antyklerykałem. Jest człowiekiem nieprzywiązującym się do żadnych poglądów, który unika za wszelką cenę bycia rozliczanym z czegokolwiek, jednocześnie rozkoszującym się medialnymi performansami i byciem centrum uwagi. W tym zakresie przypomina on swojego wspólnika biznesowego - Kubę Wojewódzkiego, który do mistrzostwa opanował bycie pieszczoszkiem mainstreamu, którego ukoronowaniem było namaszczenie na "króla TVN-u", połączone z ciągłym pozowaniem na buntownika i punk-rockowca. Obu panom nie wystarczy sława i pieniądze - usilnie nalegają też, abyśmy uznali ich za niepokornych wrogów systemu. Ciągle testują granicę tolerancji publiczności, są w swych eksperymentach jednak całkowicie niekonsekwentni. Gdy okaże się, że jednak przekroczyli jakąś granicę, to natychmiast się wycofują, jak Wojewódzki ze swoim pogardliwym żartem o Ukrainkach: zaczynają się zasłaniać Gombrowiczem, teatrem absurdu, że to taka forma ironii i to właśnie oburzenie publiki pozwoliło im zdemaskować ukryty rasizm tejże.

Tak więc przedstawia się charakter Palikota - mitoman i błazen ciągle zmieniający swój wizerunek i poglądy na potrzeby kolejnego projektu wzbogacenia się czy zwrócenia na siebie uwagi. Zainteresowanym życiem publicznym w Polsce ten rys biznesmena znany był od lat, gdyż doświadczenie choćby 2 wolt naszego protagonisty wystarczało, aby zrozumieć prawdziwą jego naturę. Jakkolwiek męczące dla publiki były jego kolejne ekscesy, domaganie się za wszelką cenę uznania bycia ekscentrykiem to za mało, aby wylądować w areszcie. Z mojego punktu widzenia ten etap, który doprowadził do zarzutów prokuratorskich, zaczął się koło 2023 roku, wraz z pojawieniem się reklam "Skarbca Palikota", które bombardowały mnie przez jakiś czas na Youtube. Filmiki zachęcające do zainwestowania w ten projekt zdradzały typowe cechy szumu medialnego wytwarzanego wokół piramid finansowych: zachęty do wpłacenia jeszcze dzisiaj, obietnice pewnego zysku o stopie zwrotu kilkukrotnie przekraczającej inne produkty finansowe na rynku, poczucie dołączenia do społeczności, inne dodatkowe korzyści jak przykładowo konkurs, w którym do wygrania był Rolls Royce. Na domiar tego, sam natarczywy styl materiałów, jak i wysoka ich częstotliwość, sugerowały, że projekt przechodził przez decydujący dla jego istnienia okres. Gdy słyszy się o "tokenizacji whisky" to jest to ostatni dzwonek, żeby wziąć głęboki oddech i rozważyć swoje opcje...

W tamtym momencie nie wchodziłem w szczegóły interesów Palikota. Usłyszałem wystarczająco dużo, aby roboczo zaklasyfikować jego działalność jako prawdopodobną piramidę finansową. Coraz więcej instytucji i osób zaczęło ostrzegać przed niejasnościami. Niestety, jak to często bywa w takich przypadkach, mechanizmy kontroli działają zbyt wolno, a wielu ludzi jest gotowych spróbować swojego szczęścia mimo wszystkiego.

Wieści o zarzutach UOKiK i upadłości spółki Palikota nie były dla wielu zaskoczeniem, jednak pamiętajmy, że w takich przypadkach mówimy o konkretnych ludziach, którzy wpłacili często duże sumy i możliwe, że nie będą w stanie odzyskać swoich pieniędzy. Nie prowadzę dziennikarskiego śledztwa, z punktu widzenia tego tekstu ważne jest, że zarzuty, które doprowadziły do zatrzymania Palikota można streścić do niekorzystnego rozporządzenia mieniem kilku tysięcy osób na ok. 70 mln zł. Z poprzednich zarzutów UOKiK możemy wnosić, że chodzi m.in. o zbieranie pieniędzy pod fałszywymi pozorami inwestycji w spółkę, jedynie po to, aby spłacić poprzednich inwestorów czy o podawanie informacji o wyróżnieniach i nagrodach marek alkoholowych, które nie należały do spółki.

Istotne jest zatem to, że Palikot jest oskarżony o bycie dość pospolitym oszustem finansowym, niepospolita w całej tej historii jest jedynie skala oszustwa. W żadnym wypadku nie jest to "przestępstwo bez ofiar" - mówimy o kilku tysiącach poszkodowanych. Mechanizm tego występku jest bardzo podobny do wielu przypadków opisywanych przez znanego amerykańskiego detektywa internetowego o pseudonimie Coffeezilla. Specyficzny marketing wykorzystujący znane osoby, ciągłe kluczenie, obietnice dużych zysków - to wszystko stały element projektów, które są przedmiotami śledztw Amerykanina. Na korzyść Palikota działa jedynie to, że jego spółki prowadziły realną działalność gospodarczą, co jest rzadkością w przypadku całkowicie internetowych oszustw, jak choćby głośna sprawa CryptoZoo promowanego przez Logana Paula - jednego z najpopularniejszych influencerów zza oceanu.

Nie jest też tak jak czasem otrzymuje sam Palikot, że Skarbiec Palikota jest po prostu nieudanym interesem. Na podstawie oskarżeń i ich spójności z wizerunkiem tworzonym wokół marki można mieć bardzo uzasadnione podejrzenia wobec dobrej woli twórcy projektu. Jest teraz zadaniem prokuratury udowodnić to ponad wszelką wątpliwość, natomiast ważne jest ustalenie z jakiego typu oskarżeniami mamy do czynienia.

Po tym zarysowaniu istoty sprawy Palikota, czas przejść do drobnego szczegółu związanego z wydawaną książką "Dziennik z więzienia", który mnie poruszył i zaciekawił na tyle, że zmotywował mnie do napisania tego tekstu. Mam tu na myśli kuriozalną wypowiedź znanego reżysera teatralnego, Krystiana Lupy. Wypowiedź ta pochodzi z blurbu książki Palikota, który przytoczę w całości:

Opis, rozgorączkowane notowanie życia tu, ruchów zwierzęcia po celi, w łaźni, w przestrzeni spacerowej, jedzenie, wypróżnianie, sen... Oto prawdziwy zapis PRZEMIANY... Wszystkie te, powtarzane jak mantra szczegóły, tworzą czasoprzestrzeń egzystencji wypatroszonej ze wszystkiego, co stanowi rdzeń twojego życia. I jest to w opisie Janusza Palikota hipnotyczne, jest w tym zapisie doświadczenia więziennego jakieś dziecięce zadziwienie, któremu nie ma końca. I czytelnik wsiąka w to cieleśnie, jak we wszystkie mocne, prawdziwe opisy rzeczywistości, wyrzucony ze swego losu w jakąś nad-rzeczywistość, która przestaje być zrozumiała i której trzeba się uczyć od nowa... Przestrzeni wampirycznej, wypijającej ci krew i zabierającej ci ducha, choć Palikot prowadzi swoje pióro niby dawny czarownik w społeczności plemiennej, gdzieś na obrzeżach bytu, w magicznej, zbiorowej psyché społeczeństw pierwotnych, na dnie człowieczeństwa... I gesty tych wszystkich, przybliżonych czytelnikom, ludzkich ciał, niby cieni na ścianach w jaskiniach – patroszonych z jaźni, wybebeszanych z historii, czego rdzeniem jest próba elementarnego rozumienia, jako próba zadomowienia się gdzieś w granicach tego mrocznego, nieznanego świata, wraz z wszystkimi rytualnymi aktywnościami, ze szczerością, która boli, aby nie stać się odczłowieczoną kupą nieszczęścia, istotą walącą głową o drzwi, incydent parokrotnie tu opisany...

I czytelnik wciąga się w to wszystko jakby tam był, razem z autorem, razem z innymi czytelnikami-współwięźniami (każdy z nas może się tam znaleźć, nikt bowiem nie jest niewinny...), jak w jakieś szczególne, osobliwe wtajemniczenie... Albo zapada się w ten osobliwy, głodny czegoś monolog, który chce pożreć wszystko niczym robak, penetrujący podłogi, śnany, korytarze, by doświadczyć więcej i więcej w tej nowej formie, w jaką się przeistoczył głos zamknięty w czterech ścianach. I czego doświadcza skazaniec, z całym tym upokorzeniem, unicestwieniem, które nosi w sobie niejako – jak i każdy z nas – PIERWORODNIE...”

Czego tu nie ma! Poziom egzaltacji i graniczący z grafomanią styl tej wypowiedzi aż każe się zastanowić czy może Palikot, którego szerokie znajomości wśród osobistości polskiej kultury są wiedzą powszechną, poprosił prywatnie reżysera o pozytywną opinię i ten nie chcąc mu odmówić, lecz jednocześnie chcąc nam, publice, "mrugając okiem" dać do zrozumienia, że sam nie wierzy w to, co napisał, postanowił uciec się do fortelu "popełnienia" tak nieznośnie afektowanych zdań, że zrozumiemy, że to tylko taki performans.

Nie mając żadnych danych, żeby rozstrzygnąć ten dylemat, musimy jednak brać wydrukowane słowa za dobrą monetę. Pomaganie znajomym w potrzebie jest szlachetne i jak najbardziej je popieram, jednak powinno się ograniczać do strefy prywatnej.

Przed dokładniejszą analizą trzeba zwrócić uwagę na wyjątkowo niski chwyt użyty w tekście reżysera - "każdy z nas może się tam znaleźć, nikt bowiem nie jest niewinny...". Komu z nas nie zdarzyło się, w chwili ludzkiej słabości, sprzeniewierzyć kilkudziesięciu milionów złotych?

Tutaj docieramy do etapu zadawania niewygodnych pytań. Dlaczego Krystian Lupa w ogóle publicznie broni Janusza Palikota? Czy sam jest na tyle naiwny, że jest gotów uwierzyć w kolejne megalomańskie wygłupy biznesmena? Czy rozumie on naturę zarzutów stawianych Palikotowi? Dlaczego obaj zdają się uderzać w te same przesadzone mesjanistyczne tony? Skąd ta kompulsywna potrzeba opisywania dowolnego nieszczęścia, które ich spotka, jako modernistycznego dramatu jednostki zderzającej się z nieludzkim systemem? Mam wrażenie, żeby gdyby tego typu osobowości spóźniły się na pociąg, to nie mierzyłyby się z koniecznością spędzenia godziny na dworcu, lecz spotkałby ich los drugiego Gustawa, trzeciego Konrada, czwartego Józefa K. Jak pokazał nam lata temu przykład Jana Rokity krzyczącego "Ratujcie mnie, Niemcy mnie biją", polski inteligent pokolenia boomerów nie wszczyna awantur na pokładzie samolotu - on wciąż walczy o wolną Polskę.

Przed odpowiedzeniem na te wątpliwości, wypada zadać najbardziej podstawowe pytanie - czy Janusz Palikot przeprosił wprowadzonych w błąd inwestorów, którzy możliwe, że nie zobaczą już swoich pieniędzy? Jakie działania podjął i będzie podejmował, żeby pomóc im odzyskać utracone środki? Czy przed napisaniem 589 stron koncentrujących się na jego cierpieniu, spędził on choćby godzinę myśląc o sytuacji kilku tysięcy osób, które wpadły w problemy w związku z jego zachowaniem? Czy możemy się spodziewać spektaklu autorstwa Lupy, który w udramatyzowanej formie pokaże sytuację któreś z ofiar?

Pozwolę sobie raz jeszcze wrócić do podobnej sytuacji z Loganem Paulem. Influencer zbierał pieniądze sprzedając tokeny NFT oraz kryptowalutę, których emisję obu sam kontrolował, obiecując, że będą one spełniały pewne funkcje w grze wideo, która zostanie stworzona dzięki pozyskanym w ten sposób środkom. Gra nigdy nie została wydana, a Logan Paul został oskarżony o oszustwo. Sprawa jest dość złożona i wciąż rozwojowa. Przez cały czas Paul całkowicie unikał jakiejkolwiek odpowiedzialności, nie miał sam sobie nic do zarzucenia i miotał się w kolejnych wytłumaczeniach i oskarżeniach. Co mnie najbardziej uderzyło to fakt, że w tym samym czasie, gdy ludzie (często jego fani!) liczyli straty, on epatował on rozrzutnym stylem życia. Wydaje się, że spokojnie mógłby pokryć on straty poszkodowanych z własnych środków i wciąż miałby gdzie mieszkać. Jednak nikt nigdy nie porusza tego prostego faktu. Myślę, że wiele uczciwych i honorowych osób w sytuacji lidera nieudanego projektu finansowego mogłoby podjąć zobowiązanie w stylu "do momentu spłacenia 80% należności, będę przeznaczał wszystkie dochody przekraczające 2 średnie krajowe na ten cel", choć w roku 2025, roku, gdy pierwsza dama USA wydała własną kryptowalutę tego zdania chyba nigdy nie usłyszymy. Zamiast tego Paul był zszokowany, że ktokolwiek jest zainteresowany odzyskaniem środków, zamiast skupić się na tym, że mu osobiście jest niemiło, bo, jak twierdzi, sam "został oszukany przez twórców gry".

Wydaje się, że bardzo podobny mechanizm zadziałał w przypadku Palikota. Sam z siebie nie bardzo palił się do zwrotu środków - w momencie, gdy niektóre z jego spółek zalegały od wielu miesięcy z pensjami dla pracowników, Palikot wciąż prowadził luksusowy tryb życia. Dla niego, czy Logana Paula, inni ludzie to abstrakcyjne byty, komórki w arkuszu Excela, bohaterowie niezależni w grach RPG. Na pewnym etapie komornik zajął się wyprzedażą majątku Palikota na poczet spłacania długów, jednak zawsze w takich przypadkach pojawia się pytanie, ile środków udało się wcześniej wytransferować za granicę. Jak chodzi o taktykę komunikacyjną to opiera się ona głównie na wyparciu, zgrywaniu ofiary i oskarżaniu wszystkich innych.

Czy Palikot przeprosił osoby, które straciły na całym interesie? Nie mam pewności, sprawdzenie wszystkich jego materiałów czy wywiadów, w których wystąpił, zajęłoby co mnóstwo czasu. Całkiem możliwe, że na jakiś etapie, ktoś mu zasugerował opublikowanie typowych w takich sytuacjach nieprzeprosin. Jednak pobieżne przejrzenie dowolnych kont społecznych, jak i publicznej działalności Palikota w ostatnich miesiącach, jasno pokazuje, że zadośćuczynienie czy przeprosiny nie zajmują nawet procenta jego uwagi. Jest on całkowicie skupiony na sobie i na budowaniu własnego mitu.

Przeprosił za to wspólnik Palikota - Kuba Wojewódzki. W swoich przeprosinach przedstawił on stanowisko, że był jedynie odpowiedzialny za marketing, nie podejmował żadnych decyzji finansowych i zasadniczo "został rozegrany jak amator". Mając do wyboru opcję zaprezentowania się jako cyniczny gracz lub naiwny głupek, wybrał tę drugą. Oczywiście druga opcja jest niepomiernie korzystniejsza z punktu widzenia uniknięcia odpowiedzialności prawnej, więc i waga przyznania się do błędu jest niewielka.

Wojewódzki w swoim przeprosinach pisze o Palikocie, że "był uwodzicielskim erudytą rozsiewającym wokół siebie aurę sukcesu i głębokiej kultury". Palikot jest znany ze swojej maniery powoływania się na różne dzieła kultury, opanował on doskonale inteligenckie kody kulturowe, tak więc jego metoda najskuteczniej działała na ludzi aspirujących. Tym samym Wojewódzki przyznaje, że aby go omamić, wystarczy, niczym w Finer Things Club z amerykańskiego The Office, że ktoś przy akompaniamencie jazzu, a nie radiowych hitów, częstując go winem, a nie piwem, wspomni coś o Schulzu i dębowym posmaku, a on gotowy będzie uznać go za przedstawiciela "głębokiej kultury", mając nadzieję na bycie uznanym również za takiego, niejako przez osmozę. Tym sformułowaniem Wojewódzki mimochodem przemyca bardzo celną ocenę własnego charakteru - jest on próżnym i powierzchownym pozerem.

Wracając do Lupy i jego niezdolności zrozumienia sytuacji - martwi mnie ona o tyle, że od inteligentnego obserwatora wymagałbym przejrzenia szarlatańskiej natury Palikota na długo przed etapem "Skarbca Palikota". Wykrycie na etapie przed demaskacją jest przydatne zarówno z praktycznego punktu widzenia - można zaalarmować innych albo przynajmniej samemu nie zostać oszukanym, jak i świadczy dobrze o krytycznym zmyśle patrzącego. Czuję się zatem głęboko zawiedziony już samym błędnym rozpoznaniem przez reżysera charakteru Palikota, który przez całe życie był zainteresowany wyłącznie poczuciem własnej wielkości, ledwo pudrując to pretensją do bycia intelektualistą bon vivantem. Poczucie zawodu jest o tyle wzmocnione, że, jak pisałem, takie chowanie się za pozorami "głębi", jest szczególnie skuteczne wobec osób aspirujących, zalatuje to wręcz pewnym drobnomieszczaństwem, a przecież Lupa niczego nikomu nie musi udowadniać. Znamienne jest, że powierzchownemu urokowi Palikota ulegało wielu przedstawicieli polskich elit, na myśl przychodzi mi choćby prof. Magdalena Środa.

Sytuacja, której jesteśmy świadkami jest jednak prostsza - demaskacja Palikota już nastąpiła pod koniec roku 2024. Niczym przyłapany na gorącym uczynku złodziej sięgający po portfel - szarlatan posunie się do najbardziej przesadzonych argumentów - to nie jego ręka, może uda jakąś chorobę, a w przypływie bezczelności zapyta, czy w ogóle istnieje coś takiego jak obiektywna rzeczywistość. Na tym etapie każda zdroworozsądkowa osoba wie, że kolejne wątki poruszane przez złodzieja nie mają żadnego znaczenia. Zagłębianie się w dobrej wierze w kolejne komplikacje przedstawiane przez niego są jedynie stratą czasu. Z jakiegoś powodu Lupa uznaje jednak, że nasz kieszonkowiec jest filozofem zainteresowanym złożoną problematyką obiektywnej rzeczywistości.

Bądźmy szczerzy - widoczne jest to choćby po kpiących komentarzach w social mediach, przeciętny użytkownik Twittera czytający zero książek rocznie nie ma problemu, żeby zrozumieć istotę sprawy i groteskowość książki Palikota. Przepalił on miliony i teraz na potrzeby obrony własnej będzie wykonywał dowolne fikołki mentalne. Ich treść i forma nie ma żadnego znaczenia. Tracimy czas poświęcając choćby chwilę na lekturę tych uników - nie mają one żadnego znaczenia.

Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że wybitny reżyser teatralny nie dostrzega prostego faktu, który bez problemu dostrzega zdecydowania większość społeczeństwa. W odróżnieniu od Kuby Wojewódzkiego nie ma on jednak motywu, żeby udawać głupka. Nie siedzę w głowie Lupy, ale na potrzeby reszty tekstu musimy z dużym prawdopodobieństwem założyć, że do jakiegoś stopnia kupuje on teatrzyk Palikota.

Tym samym znajdujemy w ciężkiej do wytłumaczenia sytuacji, kiedy wybitna postać kultury jest jednocześnie... idiotą? Napisanie tego przychodzi mi z wielką trudnością i nie sprawia mi żadnej przyjemności, ale ciężko mi było znaleźć eufemizm. Blurb jego autorstwa jest całkowitą autokompromitacją. Tak skrajny brak słuchu społecznego, zdrowego rozsądku, podstawowego kompasu moralnego stanowi dla mnie duży problem. Łatwiej by to było zaakceptować w przypadku kompozytora muzyki, ale w przypadku teatru i literatury jest to trudne do zaakceptowania. Ostatecznie, niezależnie od wartości czysto literackiej, pozytywistyczne nowele mniej by nas poruszały, gdyby autorzy bardziej się wzruszali troskami landlorda niż osieroconych dzieci zmuszanych do pracy.

Istnieją pewne style uprawiania sztuki, dla których oderwanie twórcy od rzeczywistości i odbiorców nie stanowią problemu, a może nawet są zaletą. Mowa o wąsko rozumianej "sztuce dla sztuki", sztuki elit dla elit, którą gwałtownie i jak bardzo elokwentnie krytykował Albert Camus:

Art for art’s sake, the entertainment of a solitary artist, is indeed the artificial art of a factitious and self-absorbed society. The logical result of such a theory is the art of little cliques or the purely formal art fed on affectations and abstractions and ending in the destruction of all reality. In this way a few works charm a few individuals while many coarse inventions corrupt many others. Finally art takes shape outside of society and cuts itself off from its living roots. Gradually the artist, even if he is celebrated, is alone or at least is known to his nation only through the intermediary of the popular press or the radio, which will provide a convenient and simplified idea of him. The more art specializes, in fact, the more necessary popularization becomes. In this way millions of people will have the feeling of knowing this or that great artist of our time because they have learned from the newspapers that he raises canaries or that he never stays married more than six months. The greatest renown today consists in being admired or hated without having been read.

As a result of rejecting everything, even the tradition of his art, the contemporary artist gets the illusion that he is creating his own rule and eventually takes himself for God. At the same time, he thinks he can create his reality himself. But, cut off from his society, he will create nothing but formal or abstract works, thrilling as experiences but devoid of the fecundity we associate with true art, which is called upon to unite.

Contrary to the current presumption, if there is any man who has no right to solitude, it is the artist. Art cannot be a monologue.

Na marginesie - bezkompromisowość i elegancja powyższego fragmentu przekonuje mnie, że w słowie pisanym treść i forma są tak samo ważne. Fragment długości porównywalnej do nieznośnej grafomanii Lupy, a oddziałujący z jaką mocą! Cóż, wygląda na to, że celna obserwacja i demistyfikacja pewnej rzeczywistości są dużo bardziej wciągające niż mitologizowanie na siłę banalnego oszustwa.

W temacie braku słuchu społecznego - podzielę się osobistą anegdotą. Jakiś czas temu byłem w Teatrze Starym w Krakowie na "Wrogu Ludu" według Ibsena w reżyserii Jana Klaty. Sam tekst Ibsena bardzo lubię, więc miałem spore oczekiwania. Nie jestem jakimś bywalcem teatrów, przez zdecydowaną większość czasu sztuka mi się podobała - scenografia i muzyka robiły duże wrażenie. Sztuka opowiada o doktorze Stockmannie, który dokonał odkrycia, że lokalne uzdrowisko korzysta z zatrutej wody. Pragnie podzielić się tym publikując artykuł w lokalnej gazecie. Lokalne elity nie chcą jednak, żeby doszło do wycieku prasowego, gdyż zaszkodziłoby to uzdrowisku i w ostatniej chwili zdołają przekonać wydawcę gazety, aby nie drukował sensacji Stockmanna. W akcie czwartym dochodzi do kulminacyjnej sceny, gdy Stockmann na zgromadzeniu miasta dzieli się swoimi odkryciami bezpośrednio z mieszkańcami. Gdy dochodzi do głosu brawurowo wygłasza on płomienną przemowę, w której jednak zamiast jedynie przedstawić swoje odkrycia, rozwija on swoje przemyślenia na temat społeczeństwa, zajadle atakując "zepsutą większość". Szybko traci on przychylność uczestników spotkania, a po wygłoszeniu swojej tyrady, jest on wygwizdany i żegnany okrzykami "Wróg ludu".

Na tym etapie reżyser miał pewien koncept. Aktor grający Stockmanna wyszedł z roli i rozpoczął improwizować własną przemowę (możliwe, że przemowa nie była improwizowana, z pewnością miała sprawiać takie wrażenie), która dotyczyła sytuacji w Polsce 2023 roku. Było tam dużo gwałtownych słów i jeszcze gwałtowniejszych gestów, jednak sama treść improwizacji była idealną kalką liberalnego-mainstreamowego wulgarnego antypisizmu, który tysiąckrotnie zapełniał już strony Newsweeka czy Gazety Wyborczej. Pomijając wtórność, jałowość i brak oryginalności samej diagnozy - dużo gorsza jest obłuda całego tego przedsięwzięcia. Nie muszę mówić, że większość publiczności Teatru Starego jest w sposób oczywisty wielkomiejsko-progresywna, więc treść tej improwizacji nie mogła urazić zbyt wielu widzów. Jest to całkiem niezgodne z duchem tekstu Ibsena, gdzie Stockmann zajmuje skrajnie niepopularne stanowisko ryzykując gniewem swoich współmieszkańców, którzy z resztą w nocy wybiją okna w jego domu. Jednak w tej adaptacji publiczność, zamiast przeżyć catharsis, może wrócić do domów w pełni zadowolona sama z siebie. Wszystko z nimi w porządku, tylko ci inni są tacy straszni.

Takie wzajemnie schlebianie artystów publice i odwrotnie są dla mnie idealną antytezą sztuki, która powinna pytać czy to my, publika, nie jesteśmy właśnie tymi złymi? Zamiast tego artysta odgrywa bycie oburzającym, a publiczność odgrywa bycie oburzoną, legitymizując się nawzajem. Można poczuć się częścią pewno brudnego układu. W takim momencie mam aż ochotę zamanifestować jakoś mój brak oburzenia i zdegustowanie nieczystą grą, której jestem świadkiem i mimowolnym uczestnikiem.

Jest to jednocześnie całkiem zabawne, doskonale tę dynamikę pozowania na bunt oddał Gilbert Chesterton:

Jeżeli jakiemuś człowiekowi, żyjącemu bezpiecznie i w luksusie, przyjdzie do głowy napisać sztukę lub powieść, która wywoła lekkie poruszenie i wymianę komplementów w zamożnych podmiejskich dzielnicach, wówczas owa sztuka czy powieść opisywana jest jako "śmiała". Nieważne, że nikt nie ma pojęcia, jakiemuż to niebezpieczeństwu autor śmie się przeciwstawić. Chodzi mi, rzecz jasna, o niebezpieczeństwo doczesne; jedyne, w jakie ten człowiek wierzy. Ekstrawaganckie pochlebstwa ze strony ludzi, których uważa za oświeconych, i ledwo słyszalne głosy krytyki ze strony ludzi, których uważa za zramolałych, nie wydają się groźbą aż tak znów przerażającą, by spoglądać na autora z nabożnym podziwem jak na wojującego herosa i męczennika, bo ma tyle hartu ducha, by je wytrzymać.

Raz u Lupy, tym razem u Klaty, zdajemy się dostrzegać pewne oderwanie od rzeczywistości, odgrywanie zużytych już form, będąc jednocześnie zupełnie nieświadomymi ich zużycia. Nasuwa się pytanie na ile ta społeczna izolacja wpływa na jakość sztuki tych dwóch twórców, jak i innych twórców teatru w Polsce. Przyznaję, że to tylko dwa, bardzo drobne zresztą, przykłady i ciężko wyciągać z nich jakieś daleko idące wnioski. Tutaj, w celu przybliżenia się do odpowiedzi, w ostatniej już części tego tekstu, odniosę się do książki Igi Dzieciuchowicz, która dobrze komponuje się z poprzednią częścią, gdyż o samym Lupie w ostatnich latach najgłośniej było ze względu na "incydent genewski", opisany w jednym z rozdziałów książki.

"Teatr. Rodzina patologiczna" Igi Dzieciuchowicz to wydany w 2025 roku reportaż o przemocy w polskim teatrze. Pierwsze wydanie książki napotkało pewne problemy - 2 rozdziały książki zostały usunięte decyzją sądu, a obszerne fragmenty innego rozdziału zostały zaczernione. Stosując zatem metodę Chestertona, możemy uznać tę publikację za śmiałą - z całą pewnością jest ona niewygodna dla wielu wpływowych osób.

O samym fakcie, że praca w polskim teatrze często wiąże się, mówiąc oględnie, z toksyczną atmosferą, słyszałem z drugiej ręki kilka razy, ostatecznie jest to tajemnica poliszynela. Zabierając się za lekturę, uznawałem siebie za przygotowanego na to, czego mogę się tam spodziewać, jednak zszokował mnie już pierwszy rozdział opisujący tradycję fuksówki, czyli kilkutygodniowych otrzęsin teatralnych na uczelniach aktorskich. Tradycja, która w swym oryginalnym zamierzeniu miała scalić różne roczniki i wprowadzić najnowszy w świat szkoły teatralnej, zdegenerowała się do czegoś bardzo bliskiego wojskowej fali, i to w jak najbardziej dosłownym sensie. Nie będę tutaj streszczał absolutnie wstrząsających historii opisanych w książce, zainteresowanych odsyłam do książki, którą gorąco polecam.

Wróćmy do incydentu genewskiego, opisanego w jednym z rozdziałów książki. W 2023 roku Krystian Lupa przygotowywał spektakl dla La Comédie de Geneve. W czerwcu 2023 polskie media obiegła informacja, że dyrekcja teatru odwołała premierę ze względu na zgłaszane przez zespół techniczny skrajnie nieprofesjonalne zachowanie polskiej ekipy. Pamiętam, że w tamtym momencie wielu komentatorów na gorąco oceniło tę sytuację jako symptomatyczny przypadek polskiego reżysera mającego w swoim kraju sławę geniusza, któremu nikt w ojczyźnie nie odważy się przeciwstawić niezależnie jak absurdalnie i nieznośnie będzie się zachowywał. Taki "Bóg reżyser" za granicą po pierwsze jest tylko jednym z wielu, ale przede wszystkim działa w środowisku, w którym funkcjonują pewne zasady profesjonalnego zachowania. Bycie poniżanym "w imię sztuki" najzwyczajniej w nich się nie mieści. Zabawne i znamienne są "szok i niedowierzanie" reżysera, że do takiej sytuacji doszło. Opis sytuacji w książce Dzieciuchowicz nieco ten obraz niuansuje, niemniej jednak, moim zdaniem, oryginalna ocena sytuacji jest w swojej istocie prawidłowa.

Odchodząc od wątku Lupy i przechodząc do ogólniejszych wniosków - książka pełna jest świadectw potwornych sytuacji, przetrąconych kręgosłupów, złamanych charakterów, zniszczonych karier. Poziom przemocy i skrajność zachowań absolutnie szokujące w kontekście tego, że mówimy o sztuce, dziedzinie, która wielu osobom naturalnie kojarzy się z wrażliwością na krzywdę innych i ze służbą prawdzie, dobru i pięknu. Co znamienne, sami sprawcy, skonfrontowani z niekorzystnymi dla nich opowieściami bardzo często nie są w stanie w pełni ich potępić. Bardzo często usprawiedliwiają swoje zachowania narcystycznymi zaklęciami, że prawdziwa sztuka tego wymaga.

To jest najważniejszy dla mnie wniosek z książki Dzieciuchowicz - większość opisanych wątków przemocowych nie była wyjątkami czy efektami ubocznymi. To była metoda. Metoda usprawiedliwiana "misyjnością teatru". Autorka doszukuje się źródeł tych nadużyć w Etyce Konstantego Stanisławskiego, tekście z czasów Wielkiej Reformy Teatru. To tam zdefiniowane są podstawowe założenia dotyczące roli reżysera i powinności aktorów.

Przytoczę kilka reguł sformułowanych przez Stanisławskiego:

  1. Najważniejsza jest jedność życia artystycznego i osobistego, bo aktorem jest się w życiu i na scenie. Kwestie pozateatralne, takie jak rodzina czy prywatne pragnienia, tylko przeszkadzają w tworzeniu sztuki.
  2. Aktor jest narzędziem w rękach reżysera, musi też całkowicie podporządkować się autorytetowi dyrektora teatru. Reżyser lider musi usunąć w aktorze wszystkie przeszkody, które uniemożliwiają mu zbudowanie roli. Potem zaś może przejść do aktu tworzenia.
  3. Reżyser ma prawo do oceny umiejętności aktora, zaś wysoka samoocena aktora to przejaw chełpliwości. Najwięcej pretensji mają aktorzy, którzy najmniej umieją.
  4. Nie można wnosić do teatru osobistych przeżyć, chyba że pomogą w budowaniu roli. Wysiłkiem woli i ćwiczeniem siły charakteru należy zostawić za drzwiami teatru opowieści o śmierci ojca czy innych przykrych zdarzeniach życia prywatnego.
  5. Każdy, kto nie respektuje zasad i burzy wspólną pracę, jest szkodnikiem, którego należy się pozbyć z teatru. Przez jednego leniwego aktora może upaść całe przedstawienie, niwecząc wysiłek całego zespołu.
  6. Wybitnym talentom wszystko się wybacza.
  7. Karierowicze i ci, którzy na aktorstwie chcą głównie zarabiać, nie są prawdziwymi artystami. Artysta żyje światem sztuki, a nie dobrami materialnymi.

Brzmi to jednocześnie bardzo pompatycznie, jak i anachronicznie, ale niestety, jak pokazuje lektura książki Dzieciuchowicz, jest wciąż aktualne w świecie polskiego teatru.

Dla przykładu przytoczę fragment oświadczenia Jacka Poniedziałka z 2021 roku, aktora Teatru Nowego, bohatera jednego z przemocowych skandali:

Szanowni Państwo, praca w teatrze jest skrajnie emocjonalnym zajęciem. Bazujemy na swoich najbardziej czasem przykrych doświadczeniach i przeżyciach, czasem musimy też uruchomić drzemiące w nas demony.

Wszystkie te współcześnie przywoływane zaklęcia są spójne z założeniami metody Stanisławskiego. Teatr to nie "fabryka czekolady" (jak sam Lupa podsumował potrzebę techników w Genewie, aby znać godzinę końca dnia pracy), a zatem, zachowania typu przychodzenie do pracy nietrzeźwym, przedłużanie prób do późnych godzin nocnych, wyzywanie i rzucanie przedmiotami we współpracowników w "twórczej furii" są wpisane w zawód. Szacunek jest dla księgowych, dla reżyserów jest (cudza) krew, przekraczanie (nieswoich) granic oraz (własna) bezkarność, gdyż "wybitnym talentom wszystko się wybacza". Sprawcy konfrontowani z protestami, mogą nawet przyznać, że wszystkie te incydenty są nieco niefortunne, ale cóż, poszkodowani sami wybrali taki zawód, takie uroki tego zajęcia.

Pracownicy techniczni teatru w Genewie kończą swoje oświadczenie pytaniem retorycznym: Czy sztuka ma być nadal machiną do rozwałki ludzi, którzy ją współtworzą? Mam wrażenie, że wielu polskich reżyserów poczułoby się miło połechtanym jakby ktoś ich nazwał "machiną do rozwałki ludzi", w końcu to uznanie ich bezkompromisowości, oddania i wierności metodzie.

Co ciekawe, sam Lupa publikuje w 1991 rodzaj manifestu, w którym przekonuje, że istnieje inna droga pracy z aktorem - tekst "O rzekomej potrzebie gwałtu w zawodzie aktora". Cytując jego fragment za Dzieciuchowicz:

W szkole istnieje potajemny średniowieczno-dziecięcy ryt otwierania młodego adepta przez gwałt. Jak w ceremoniach inicjacyjnych pierwotnych ludów - zakładana jest konieczność męki i poniżenia. Wstęp do świątyni sztuki zdobywa się drogą pokory wobec gwałciciela i wobec całego bractwa. Ten rodzaj inicjacji (otwierania) - zwróćmy uwagę na zwiększony w ten sposób dystans między inicjującym a inicjowanym - odnosi, to prawda, natychmiastowy, wymierny, spektakularny skutek - zostawia jednak bliznę, skazę, piętno PIERWSZEGO RAZU.

Ciekawym zagadnieniem byłoby dotarcie do przyczyny różnicy między diagnozą sytuacji z 1991 a praktyką roku 2023, ale ostatecznie przecież nie o Lupę jako takiego mi chodzi, a on pewną formację intelektualną, która zdefiniowała jego pokolenie tak głęboko, że ono zdaje się jej nawet nie dostrzegać.

Oczywiście całkowicie zgadzam się z tytułową tezą tekstu Lupy z 1991 - twierdzenie, że łamanie aktorów miałoby być warunkiem koniecznym do tworzenia dobrej sztuki wydaje mi się absurdalne. Co do zasady, w dowolnej działalności, raczej spodziewamy się, że lepsze warunki pracy dadzą lepsze efekty. Jest pewna kategoria ludzi, którzy używają heroicznej retoryki gloryfikującej ból, wysiłek i hart ducha niezależnie od jakiegokolwiek kontekstu, ale osobiście uważam tę argumentację za chybioną. Oczywiście, że przykładowo trening do maratonu bywa nieprzyjemny i pewna dawka odporności na cierpienie jest niezbędna, ale dodawanie "dla zasady" większych dawek cierpienia, przekraczających co niezbędne, nawet jeżeli nie przekłada się to na żadne wyniki, nie ma sensu. Przede wszystkim zaś, teza o konieczności przemocy i braku profesjonalizmu nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością - książka Dzieciuchowicz podaje jako przykład Niemcy, gdzie system działa zupełnie inaczej. Nie wydaje mi się, żeby z tego powodu teatr w Niemczech upadł. Innym przykładem może być David Lynch, który słynął z dobrego traktowania swoich aktorów, a jakoś nikt nie zarzuca mu bycie nudnym. Bo i takie założenie jest obecne w tej poetyce, że przyjście punktualnie do pracy w marynarce jest takie... drobnomieszczańskie, a co za tym idzie, niegodne artysty, który musi być drapieżny i nieprzewidywalny.

Pytanie o powód, dla którego w Polsce ten ponadstuletni model utrzymał się, jest poruszane u Dzieciuchowicz. Jako jeden z powodów wskazywana jest hermetyczność środowiska i brak otwarcia na zagranicę. Z racji silnego powiązania z językiem, świat teatru rozwija się w silnej izolacji od zagranicy. Argument ten do mnie przemawia i pokrywa się z wieloma anegdotycznymi opowieściami z innych branż. Pokolenia millenialsów i młodsze mają dużo większe doświadczenie międzynarodowe: zaznały innego stylu pracy i dużo bardziej partnerskich relacji między pracownikami a pracodawcą. Polskie oddziały zagranicznych firm działają zgodnie z kulturą pracy swoich macierzystych krajów. Można się, do pewnego stopnia słusznie, śmiać z anglosaskiej hipokryzji "kodeksów postępowania" i teatralnej przesady w rozliczaniu z ich przestrzegania, ale jednak pozwoliły one na wyeliminowanie pewnych zachowań. Spotkałem się osobiście z osobami, które wymieniały to jako jeden z głównych powodów, które trzyma je w takich miejscach - praca może nie jest bardzo ekscytująca, ale pewien standard stosunków w pracy jest zachowany.

To ta wsobność właśnie jest wspólnym mianownikiem Lupy - reżysera i Lupy - adwokata Palikota. Wsobność nawet nie narodowa, ale wręcz pokoleniowo-klasowa. Wypowiedzi Janusza Palikota i jego obrońców, przytoczonego już Jana Rokity, gardzącej słabszymi Krystyny Jandy czy Marii Anny Potockiej, prawomocnie skazanej za mobbing, porównującej swoją sytuację poprzez performance do sytuacji przedwojennych Żydów, to czysty teatr odgrywany przez polskiego inteligenta boomera dla innego inteligenta boomera1. Obieg idealnie zamknięty, niepotrzebujący innych widzów, ani nawet nawiązania do rzeczywistości. Listy otwarte broniące innych inteligentów2, listy otwarte wychwalające pod niebiosa autorów listów usprawiedliwiających, ich histeryczna, pozbawiona wstydu poetyka - wszystkie te zabiegi byłyby całkowicie nieczytelne dla kogoś zza granicy, są groteskowe dla rodaków spoza wąskiego kręgu adresatów, ale to, jeszcze raz, nie ma znaczenia.

Czy właśnie z racji na pokoleniowość tego zjawiska, nie jest tak, że za niedługo czeka nas wybawienie od niego? Fakt, że w roku 2025 Adam Michnik nie jest nawet w śladowym stopniu takim arbitrem dobrego smaku, jakim był w 2005, jest silnym argumentem za tą tezą i myślę, że jest ona uzasadniona, przynajmniej w kontekście szerszego życia publicznego. Mam więcej wątpliwości co do środowisk artystycznych - musimy docenić szczególnie długie trwanie wynikające z małego rozmiaru i hermetyczności tych środowisk. Książka Dzieciuchowicz może być ważnym katalizatorem tych zmian. Wyrażając nadzieję, nie mam na myśli tego, że skandale i przekręty finansowe nie będą się wydarzały, wkraczamy wręcz w złotą erę tych drugich, wydaje mi się jedynie, że z czasem ten egzaltowany sposób obrony, który mnie wytrącił na tyle z równowagi, by napisać ten tekst, straci resztki swojej siły oddziaływania.


1: Oczywiście chodzi o "stan umysłu", a nie metrykę.

2: Do historii zapisze się megalomania listu otwartego w sprawie Marii Anny Potockiej - autorzy nie mieli oporów, aby zwolnienie Potockiej ze stanowiska dyrektorki MOCAK-u nazwać "rozrzutnością kulturową".