Czasami trzeba się zmusić

23.08.2026

Ostatnio, gdzie "ostatnio" oznacza "prawie zawsze", mam duży problem, żeby zebrać się i napisać coś składnego. Dlatego piszę ten tekst - zmuszam się, żeby napisać cokolwiek.

O czym mógłbym dzisiaj napisać? Ostatnio moje zainteresowania są mocno rozproszone. Ceną za to jest chyba brak własnych przemyśleń...

Przeczytałem dzisiaj nowy tekst Michaela Sacasasa: Expect the end of the world. Laugh. To autor, którego wyjątkowo cenię. Pozostając nieprzejednanie krytycznym wobec trendów społecznych, nie odwracając uwagi od rzeczy trudnych i niepokojących, jest w stanie zawsze pokrzepić i zainspirować. Nie oferuje on infantylnego pocieszenia ani bezmyślnego optymizmu. Wraca do kilku swoich intelektualnych źródeł - Hanny Arendt, C. S. Lewisa czy Wendella Berry'ego. Autorów jednoznacznie humanistycznych, często znanych ze swojej głębokiej religijności. Twórców, których, nie wiem, czy poprawnie i zgodnie z kanonem sam na swoje potrzeby nazywam przedstawicielami humanistycznego heroizmu. Z pewnością zaliczyłbym też do nich Camus, Saint-Exupéry'ego czy niektórych przedstawicieli szkoły frankfurckiej. Przedstawiciele tego nurtu musieli mierzyć się z potwornościami XX wieku, nigdy nie odwracali od nich wzroku, wielu z nich miało fascynujące, heroiczne biografie i wszyscy z nich w swojej twórczości nalegali na jedno: zachowanie ludzkiej godności, pomimo wszystkiego, jest możliwe.

Najnowszy tekst Sacasasa jest świetnie napisany i dobrze pokazuje atuty tego autora. Na niewielkiej przestrzeni oferuje kilka różnych wątków, żeby na końcu rozwinąć najmniej spodziewany. Sytuacja w ocenie autora okazuje się jeszcze gorsza niż się spodziewaliśmy, a jednak, skonfrontowani ze stawką wyższą, niż się początkowo wydawało, czujemy się tym bardziej wezwani do niezaprzestawania walki. Sacasas docenia siłę przeciwnika i nie lekceważy powagi sytuacji, jednocześnie przypomina gdzie szukać źródła siły. Ta pojawia się w najmniej spodziewanych miejscach - w doświadczaniu radości, własnego człowieczeństwa, drobnych chwil, które naprawdę mają znaczenie. Autorzy tacy jak Sacasas czy C.S. Lewis mają wyjątkowy dar dostrzegania, doceniania i wyrażania tych momentów.

Wielokrotnie odkrywałem ponownie Sacasasa. Każdy z tych powrotów zaskakuje mnie tak samo: jego twórczość dociera do mnie jako rewelacja, żebym z upływem miesięcy zapomniał o jej istnieniu. Tym razem dodatkowo uderzyła mnie ekonomia pisania - jest to jeden z tych tekstów, z których nie da się ująć niczego.

O czym innym mógłbym jeszcze dzisiaj napisać? W pewnym momencie dnia zabłądziłem do wideo Atlas Sound - You're So Fine . Atlas Sound to side-project Bradforda Coxa, znanego przede wszystkich jako założyciel grupy Deerhunter. Utwór, o którym mówię, pochodzi z EP-ki Altitude Sickness, która nie jest dostępna na Spotify. Ten brak dostępności sprawił, że mam teraz o czym pisać - ponieważ musiałem skorzystać z YouTube, to przyjrzałem się okładce, którą od dawna bardzo lubiłem.

Z reguły fotografia szczególnie silnie na mnie nie oddziałuje. Oczywiście, jeżeli widok jest piękny to i fotografia jest taka, ale niejasne są dla mnie zasady sztuki. Nigdy też jej nie eksplorowałem w choć nieco nieoczywistych przykładach. A jednak jest coś w zdjęciu z okładki tego EP. W dodatku doskonale zgrywa się z muzyką.

Dwoistość tej fotografii - widzimy jednocześnie widok przez szybę autobusu, jak i odbicie w tej szybie - choć abstrakcyjna i nieco wystudiowana, nie jest efekciarska ani wymuszona. Jak na obrazkach, na których widzimy albo wazon albo twarz, nasz umysł nie potrafi się skupić na obu tych rzeczach w tym sam momencie - musimy zawsze wybrać jedną, a co jakiś moment możemy zmienić przedmiot skupienia. Sam zabieg uchwycenia odbicia na zdjęciu pasuje do przedstawionej sytuacji o tyle, że właśnie tak ją odbieramy jadąc autobusem gdy jest ciemniej.

Fotografia, wraz z abstrakcyjnym ambientem w słuchawkach, zabiera mnie stale w to samo miejsce. Miejsce to samo klimatem i przede wszystkim znaczeniem, choć nie jestem pewien czy potrafię umiejscowić dokładnie to wydarzenie z przeszłości. Sytuacja ze zdjęcia to dla mnie chwila, gdy mając 19 lat, jedzie się samemu jeden z pierwszych razy gdzieś daleko autokarem. Podróż trwająca 16 godzin przez kilka granic. Mijane stacje benzynowe, parkingi, nowy krajobraz co kilka godzin. Blade światło gotującego się do wstania słońca odkrywa te banalne, pozornie bezduszne miejsca przy betonowej autostradzie, obserwuje się jak te miejsca mijają za oknem w jednostajnym tempie autobusu. Kierowcy zmięci długą jazdą rozprostowują kości, piją kawę, palą papierosy, zacierają ręce. Cisza czwartej nad ranem panuje zarówno w autobusie, jak i na zewnątrz.

Jadąc tym autokarem, można napawać się miarowym głosem silnika. Szelest odpakowywanego batonika wyróżnia się na jego tle na tyle, że może obudzić któregoś z drzemiących pasażerów. Chwilami to przeżycie urozmaica się, a raczej, dopełnia się, muzyką z odtwarzacza MP3, bo czasy mamy jeszcze sprzed smartfonów. Co można w takim momencie puścić, co jest soundtrackiem do tej podróży? Pierwsza myśl - muzyka tła, zdawałoby się nieangażująca. Może przesterowane, wielokrotnie przetworzone gitary, ścieżki nachodzące na siebie i przechodzące jedna przez drugą i z powrotem. Niczym sama fotografia, ciężko się skupić na jednej warstwie, ale razem tworzą więcej niż suma całości. Kompozycja raczej monotonna, niewiele się dzieje tak jak krajobraz za oknem. A jednak podskórnie czuć, że rozwija się ku czemuś, buduje się momentum w środku, to wszystko dokądś zmierza. Pomimo "obiektywnej nudy", wszystko wydaje się fascynujące, każdy minięty parking, opustoszały sklep, zamknięte o tej porze restauracje są zapowiedzią przyszłości. Tak niepewnej, ekscytującej. Jak będzie w miejscu, do którego się zmierza?

Ale w chwili zamkniętej w tej fotografii nie chodzi o ekscytację. Chodzi o absolutny spokój, brak pośpiechu, chłonięcie każdego szczegółu, bez możliwości zafiksowania się na żadnym, bo autobus jedzie dalej i dalej, niespiesznie, można zatrzymać wzrok na dowolnym obiekcie na chwilę, ale jedynie na chwilę, bo zaraz pojawia się kolejne pole, a za nim następny zagajnik, wszystko pojawia się rytmicznie i bezproblemowo. Nic nie zakłóca spokoju, na pokładzie autobusu wszyscy zdają się spać. Tak, jest to jedna z idealnych chwil. Lecz nie jest to też idylla, bo jest tu jeszcze jeden element. Na tej fotografii, w tej muzyce i w tamtej chwili, którą przeżyłem, i do której zabierają mnie obie, obecna jest jeszcze odrobina czegoś, co zachęca do zadumy, uruchamia wyobraźnię, gra na strunach, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. To coś nazywamy chyba melancholią i to coś sprawia, że ta chwila zachęca do powrotu. W przeciwnym razie osunęlibyśmy się w beztroską sielskość.